Są rowery, które od pierwszej jazdy wydają się znajome. Wsiadasz i po kilku minutach dokładnie wiesz, czego się spodziewać. I jest Brompton.

Przez lata był zjawiskiem samym w sobie. Niewielki, błyskawicznie składany, idealny do pociągu, biura czy mieszkania w kamienicy bez windy. Jednocześnie każdy, kto spędził na klasycznym Bromptonie trochę więcej czasu, wiedział też, że jest to rower pełen kompromisów. Małe koła, specyficzne prowadzenie i ograniczenia wynikające z nadrzędnego celu, jakim była kompaktowość, ale o tym następnym razem.
Potem pojawił się Brompton G Line i nagle okazało się, że ktoś w Londynie zadał niewygodne pytanie: „A gdyby zrobić Bromptona, który przede wszystkim dobrze jeździ?”

Pierwsze wrażenie: to nie wygląda jak Brompton. Przynajmniej nie taki, do jakiego przywykliśmy. G Line jest większy. Wyraźnie większy. Zamiast charakterystycznych 16-calowych kół pojawiły się koła 20-calowe. Do tego szerokie opony Schwalbe, szersza kierownica, nowa geometria i hydrauliczne hamulce tarczowe. Całość sprawia wrażenie bardziej miniaturowego gravela niż klasycznego składaka. Kiedy pierwszy raz stawia się go obok tradycyjnego Brompton C Line, różnica jest ogromna. To nadal składany rower, ale już nie taki, który wygląda jak sprzęt podporządkowany wyłącznie transportowi multimodalnemu.

Największa zmiana? Komfort. Przez lata największą zaletą Bromptonów było to, że można było je wnieść wszędzie. Największą wadą było natomiast to, że jechało się na niewielkich kołach i dłuższe dystanse, powiedzymy jednorazowo ponad 10 km były dla naprawdę wytrwałych. Klasyczny Brompton jest świetny w mieście. Ale studzienki, kostka brukowa, tory tramwajowe czy kiepskiej jakości asfalt zawsze przypominały, że jedziemy rowerem o bardzo małych kołach. G Line zmienia tę historię niemal całkowicie. Większe koła, szerokie dwucalowe opony i nowa geometria sprawiają, że rower płynie po nierównościach z zaskakującą lekkością. Dziury, krawężniki, szuter, leśne dukty czy nadwiślańskie ścieżki przestają być przeszkodą wymagającą szczególnej uwagi.To pierwszy Brompton, na którym można po prostu patrzeć przed siebie i jechać. Brzmi banalnie, ale każdy użytkownik mniejszych modeli zrozumie, o co chodzi.Wreszcie można zjechać z asfaltu. Marketing mówi o gravelowym DNA. Na szczęście nie oznacza to, że nagle mamy maszynę do wyścigów po kamieniach i błocie. G Line nie jest typowym gravelem. To nadal składany rower. Ale jest pierwszym Bromptonem, który naprawdę nie boi się szutru. Szerokie opony, większa stabilność i przewidywalne prowadzenie sprawiają, że ścieżki leśne czy drogi gruntowe stają się naturalnym środowiskiem jazdy. Dla wielu użytkowników będzie to największa zmiana. Bo nagle nie trzeba już zastanawiać się, czy trasa na mapie przypadkiem nie kończy się odcinkiem nieutwardzonej drogi. Hamulce, które nie znają słowa „kompromis”. Przez lata tarczówki były jednym z elementów, którego w Bromptonach brakowało najbardziej. W G Line wreszcie się pojawiły. Hydrauliczne hamulce tarczowe działają dokładnie tak, jak powinny działać dobre hamulce: nie zwracają na siebie uwagi.

Są mocne, przewidywalne i pewne w deszczu. Przy większych kołach i wyższych prędkościach zjazdowych dodają sporo pewności siebie.Zwłaszcza osobom, które dotychczas korzystały z klasycznych składaków.Napęd dla normalnych ludzi. W podstawowej wersji G Line korzysta z piasty Shimano Alfine 8. To rozwiązanie wyjątkowo dobrze pasuje do charakteru tego roweru. Biegi zmieniają się płynnie, napęd jest mało wymagający w obsłudze, a zakres przełożeń wystarcza zarówno do miasta, jak i weekendowych wycieczek. Nie jest to sprzęt dla osób ścigających się na średnią prędkość.To rower dla tych, którzy chcą po prostu jechać.

Ale przecież ma się składać… No właśnie. I tutaj dochodzimy do największego paradoksu G Line.To prawdopodobnie najlepszy rower, jaki Brompton kiedykolwiek stworzył pod względem właściwości jezdnych. Jednocześnie jest to jeden z najmniej bromptonowych Bromptonów.




Większa rama, większe koła i większa masa oznaczają, że po złożeniu zajmuje więcej miejsca niż klasyczne modele. Waży także zauważalnie więcej. Zwałaszcza jezeli porównamy z modelami wykorzytsującymi elementy karbonowe lub tytanowe. Jeżeli codziennie nosicie rower po schodach, wkładacie go pod biurko i kilka razy dziennie składacie do pociągu, tradycyjny C Line lub P Line nadal może być lepszym wyborem. G Line nie wygrywa konkurencji na najmniejszą paczkę. Wygrywa konkurencję na najlepszą jazdę.
Dla kogo jest G Line?

Moim zdaniem przede wszystkim dla osób, które zawsze chciały mieć Bromptona, ale nigdy do końca nie mogły zaakceptować jego kompromisów.
Dla mieszkańca miasta, który: dojeżdża do pracy rowerem, czasem zabiera go do pociągu, lubi dłuższe wycieczki, nie chce zawracać przed szutrową drogą, oczekuje komfortu zbliżonego do pełnowymiarowego roweru. Szuka kompatkowego roweru który zabierze jachtem, kamperem ze sobą na wyjazd. G Line nadal zajmuje dużo mniej miejsca niż tradycyjny rower, a nie boi się jazdy w tereni, a nigdy nie wiadomo gdzie dojedziemy, lub przybijemy. Właśnie wtedy G Line zaczyna mieć ogromny sens. A nasz młody był zadowolony bo tata ma w końcu tej samej wielkości koła w rowerze co on. To nie jest najbardziej kompaktowy Brompton.To nie jest najlżejszy Brompton.To nie jest też najbardziej „klasyczny” Brompton. O klasycznym C-Line już niedługo.
Jest za to pierwszym Bromptonem, na którym momentami zapomina się, że jedzie się składakiem. A to prawdopodobnie największy komplement, jaki można mu wystawić. Po latach dopracowywania mechanizmu składania Brytyjczycy stworzyli rower, który przypomina, że składak może być nie tylko praktyczny. Może być również po prostu bardzo dobrym rowerem.
Za udostępnienie G-Line do testów dziękuje AleRower.pl