Rowerzysta na zimno i mokro!

porady

Mówi się, że nie ma złej pogody na rower, jest tylko nieprzygotowany rowerzysta. Znaczy to, że można się przygotować i pojechać na przykład tak do pracy

Tylko… na miejscu trzeba się przebierać, mieć na to czas, miejsce etc. Na wieczorny koncert do filharmonii po pracy w piątek raczej tak nie pojedziemy. Kto był w Holandii czy Danii i może powiedzieć, ilu rowerzystów zimą/jesienią tak wygląda? 

Jest jeszcze drugie powiedzenie: dobierajmy strój do celu podróży, a nie do środka transportu. Można więc pojechać na rowerze tak.

Taki dobór stroju wcale nie wymaga wiedzy tajemnej i specjalnych tygodniowych przygotowań do wyjścia z domu, a w zasadzie jedynie zabezpieczenia newralgicznych punktów. 

Ręce

Dobre rękawiczki. Jestem z tych, którym marzną dłonie. Mam kilka par rękawiczek na rower, w zależności od pogody i/lub temperatury. Wybór spośród dostępnych na rynku jest bardzo duży. Ważne, żeby te jesienne były dość wodoodporne (każde przemokną, istotne jest to, ile im to zajmie). Rękawiczki powinny być antypoślizgowe, bo mokre uchwyty, mokre klamki hamulców zawsze są śliskie. Ciepłota to już bardzo indywidualna sprawa. Tym marznącym podobnie jak jak polecam cienkie rękawiczki z wełny merino, na które zakładamy te właściwe, zewnętrzne. U mnie właśnie takie rozwiązanie się sprawdza. 

Rower z założonymi mufkami na kierownicę. O wyposażeniu roweru na zimę będzie w następnym wpisie.

Rozwiązaniem alternatywnym, dodatkowym do rękawiczek są mufki zakładane na kierownicy. Chronią przed wiatrem, zimnem i wodą. Trzeba jednak uważnie dobrać model do kierownicy, żeby w razie potrzeby nie blokowały/spowalniały zdjęcia dłoni z niej. 

Stopy

Transportowo po mieście jeżdżę w „cywilnych” butach. Z małym zastrzeżeniem, że na rower preferuję buty ze sztywniejszą podeszwą – wygodniej się jedzie i mniej się człowiek męczy. Ważne też, żeby nie były zbyt śliskie, ale przecież jesienią czy zimą unikamy w ogóle śliskich butów, bez względu na środek transportu, jakim się poruszamy. Ponieważ nie lubię, jak mi wieje po kostkach, to jak tylko robi się lekko chłodniej, jeżdżę w butach zakrywających kostkę – najczęściej w sztybletach. Jeżeli mocno pada i jest do tego duża chlapa, zakładam ochraniacze na buty, które mam zawsze w sakwie. Do zwykłych pasują takie same, jak do sportowych butów rowerowych. Warto mimo wszystko przymierzyć przed zakupem, możliwe, że numer większe niż sugeruje rozmiarówka, będą lepsze. 

Dodatkowo mam w sakwie lub plecaku ściereczkę do butów. Nie lubię chodzić w ubłoconych butach, więc po dotarciu do celu, bez względu na środek transportu, przecieram buty.

Sztyblety na jesień najlepsze. (Zamszowe tylko jak nie pada deszcz)

Na trasach do około 30 minut jazdy nie mam problemu z komfortem temperaturowym (chyba że mówimy o temperaturach rangi -10 – -15); jeżeli ktoś potrzebuje cieplej, to znowu cieplejsze skarpety z merino lub innych tkanin termicznych się sprawdzą. 

Głowa

Jadąc rowerem, odczuwamy wiatr bardziej. Przede wszystkim liczy się więc ochrona uszu. Przy małych chłodach sprawdza się buff. Jak się robi zimniej, konieczna jest czapka zasłaniająca uszy. Może być tradycyjna wełniana, może być polarowa, może być merino, choć dla tych, co jeżdżą w kasku, polar jest lepszy. Są zresztą specjalne czapki pod kaski. Jeżeli jeździcie w okularach korekcyjnych, dobrze żeby czapka miała niewielki daszek, który chroni trochę przed deszczem. Można też używać specjalnych okularów przeznaczonych dla rowerzystów. Niektóre kaski miejskie mają wbudowaną, opuszczaną osłonę na oczy, a nawet nauszniki. 

Jestem z tych, którzy w mieście rzadko jeżdżą w kasku. Jednak przy złej pogodzie, kiedy jest ślisko, mokro i zwiększa się ryzyko wywrotki, zakładam kask. 

Oczywiście do tego obowiązkowo coś osłaniającego szyję. Szalik, apaszka – ważne żeby było ciepło i żeby wyglądało. Na mrozy i zimny wiatr pod szalik zakładam grubszego buffa, którym osłaniam nos i usta. 

Pozostała reszta stroju standardowa, z uwzględnieniem, że na rowerze ruszamy się intensywniej, niż idąc piechotą, więc mimo wszystko będzie nam trochę cieplej. Więc strój pół stopnia lżejszy niż na wyjście bez roweru. 

Deszcz!

Rękawiczki wodoodporne – są, ochraniacze na buty – są, czapka – jest. Co ze standardową resztą, przecież parasola nie rozłożę, jadąc na rowerze?! Holendrzy mówią na to „patrz” i… jadą. Są nawet specjalne modele parasoli dla rowerzystów. Niestety, nie jesteśmy Holandią i jazdę z parasolem w ręku odradzam. Po prostu mam zawsze w sakwie pelerynę i spodnie przeciwdeszczowe. Jeżeli pada trochę mocniej albo trasa będzie dłuższa niż około 15 minut, a siąpi gęsta mżawka, to na to, co mam na sobie, narzucam pelerynę. Jeżeli jest oberwanie chmury, dodatkowo zakładam spodnie. Wybór modeli jest duży. Są nawet wersje bardzo eleganckie, niestety niezbyt tanie. Do miasta preferuje szerokie peleryny chroniące od góry również spodnie. Bez problemu sprawdza się wersja poncho z popularnego marketu sportowego. 

Poruszanie się na co dzień jesienią czy zimą rowerem po mieście, to nie wyprawa na biegun. Nie musimy jeździć w kombinezonach narciarskich. Każdy z nas odczuwa temperaturę trochę inaczej i ma inny komfort cieplny, zatem wybierając rower jako podstawowy, całoroczny środek transportu, zabezpieczmy newralgiczne punkty: jak ręce, stopy i głowa będą osłonięte przed wiatrem i wodą to możemy jechać. 

Rower?

Nie zapomnijmy o rowerze. Jak przygotować rower na jesień i zimę i jakie są sztuczki w technice jazdy po mokrej i śliskiej nawierzchni w następnym wpisie. 

Trzy grosze od damskiej częściej RzD

Choć rowerem jeżdżę od tak zwanego „zawsze”, to dopiero od kilku sezonów jeżdżę całorocznie. Należę wprawdzie do tych, którym zawsze jest za gorąco, ale mam specyficzną przypadłość, otóż marzną mi „koniuszki” człowieka: palce u rąk, (szczególnie) palce u stóp, nos, uszy… Do tego regularnie odwiedzam operę, filharmonię, gdzie jeżdżę na rowerze, ale ubieram się elegancko. Jak to pogodzić? 

Żeby sprostać wymaganiom jesiennej szarugi na rowerze i moim potrzebom eleganckiego stroju wypracowałam sobie kilka lifehacków:

  • rękawiczki merino – cienkie – zakładam je po raz pierwszy zwykle we wrześniowy wieczór i tak z nimi zostaję do wieczorów majowych. W miarę opadania temperatury, na cienkie merino zakładam cieplejsze rękawiczki. Podobnie dają radę skarpetki merino w sztybletach. 
  • osłaniam uszy ślicznymi wełnianymi nausznikami, bo inaczej mi w uszach gwiżdże; jestem zresztą zdziwiona, że tak mało rowerzystów spotykam w nausznikach – w tym roku już w połowie września chciałam je założyć! 
  • od jesieni ochraniam nos buffem (serio, nie wiedziałam, że tak się to nazywa!), co ma nie tylko na celu ocieplić nos (którego koniuszek mi czasem zamarza przy +10!), ale także filtrować zanieczyszczone krakowskie powietrze (pod warunkiem, że kryje się pod nim np. maseczka z filtrem). 
  • zawsze mam w sakwie spodnie przeciwdeszczowe, które przezornie kupiłam w rozmiarze znaaacznie za dużym. Do perfekcji opanowałam ich zakładanie i zdejmowanie w miejscach publicznych. Pozwala mi to jeździć w minispódniczkach i rajstopach całorocznie, ale elegancko wchodzą też na jeansy, które, gdy namokną deszczem, stają się moim głównym obiektem nienawiści.

Nie wspomnę o tym, że piękne buty na obcasie, które zakładam na spektakl, wożę w sakwie, bo jazda na wysokich obcasach w mojej opinii stwarza zagrożenie dla współuczestników ruchu. To samo zresztą robiłam, gdy zdarzało mi się jechać na eleganckie wyjście samochodem; choć prowadzę auto znakomicie, to nie ryzykuję zahaczenia obcasa i spowodowania tym samym wypadku.